O podstawach Toronto

Heyah!

No to sprawa ma się tak. Prawie 2 lata temu wpadłem na genialny pomysł, żeby zmienić kontynent i chyba zakochałem się w nowym miejscu – w Toronto. Ja rozumiem, że patriotyczne powody każą mi tylko do tych łąk zielonych i innych takich wzdychać, no ale jest tu troszkę zajebiście. Tułałem się delikatnie po tym świecie, ale mam wrażenie, że wyląduję tu na dłużej. Zapewniam was, mam kilka dobrych powodów. Przyznam jednak, że parę rzeczy mnie delikatnie wkurwia. A co! Przecież muszę też ponarzekać.

Prohibicja
No dobra, wiem, że nie zaczynam od słodzenia, no ale wymienię dużą wadę na początek, co by uczciwie było. Gdybym ja wiedział, że nie będę tutaj mógł awaryjnie flaszeczki na stacji dokupić, to bym się tutaj nie przeprowadził. Poważnie. Funkcjonuje to tak: alkohol można kupić tylko w bardzo określonych sklepach – LCBO (każdy rodzaj), Beer Store (piwka), Wine Rack (wina, cydry i słodycze). Głupie to strasznie z jednej strony, bo tych sklepów wcale tak dużo nie ma. Bardziej są zamknięte niż otwarte. W święta, jak się nie przygotowałeś, to pościsz, a jak ci w środku nocy na imprezie zabraknie, to masz zabraknięte i nic w temacie nie zrobisz. No chujem trochę wieje. Ale coś tę sprawę jednak ratuje:

Nigdy jeszcze nie widziałem takiego wyrównywacza społeczeństwa. W jednej kolejce w tym samym LCBO w srałn-tałn (koledzy zabraniają mi mówić, że mieszkam w downtown, bo u mnie niby kijowo jest) stoi CEO banku ze szkocką za 15 milionów syczuańskich peso i przemiły pan menel, z flaszeczką najtańszego jabola i w wielu przypadkach jest jak najbardziej… normalnie. Nikt na nikogo jakoś krzywo nie patrzy, pan CEO zapłaci, pan menel poprosi szefa o zapomogę i nikt w sumie się nie przejmuje. Ludzie przez to mniej z góry patrzą. Mieszkałem w Anglii i tam te uśmiechy były jakieś wymuszone. Tutaj jakby mniej.

Do tego, panowie w Ontario wpadli na genialny pomysł, że lokalny browar, który warzy swoje piwko, ma prawo otworzyć sobie sklepik i to piwko sprzedawać. No to pomyślcie, kto normalny będzie dylać 15 minut do najbliższego beer store’a, skoro ma lokalny browarek 2 przecznice od domu. Popyt przechodzi w podaż, browarki rosną na każdym rogu i dzięki temu… to miasto jest PYSZNE! Każdy smak, każdy rodzaj. Jak mi któryś kiedyś jeszcze powie, że w Ameryce nie ma dobrego piwa, to może sobie tę opinię wsadzić w… nos.

Po drodze z roboty mam przynajmniej 4 lokalne browary, gdzie w każdym mogę się zaopatrzyć w jakiś przysmak. A to jakiegoś fajnego “sour”a mają, a to pszeniczne ciemne zorganizowali, a innym razem piwo z bekonem jako ciekawostkę. Naprawdę chciałbym się na tym bardziej znać (ale się nie znam, więc piję to, co mi zasmakowało). Tutaj komercyjne piwo pijesz tylko jak chcesz, nie jak musisz. Żeby było jeszcze ciekawiej, 90% barów ma jakieś lokalne piwko na kranie. Dzięki temu nigdy nie zabraknie nowych smaków do spróbowania i jestem absolutnie przekonany, że każdy znajdzie coś dla siebie. Innymi słowy – jest zajebiście.

Tak. Dosyć dużo przeklinam. (I pozwalałbym swojemu dziecku – #pdk)

Inna sprawa, to czujecie jak bardzo zmienia się przez to klimat domówki/grilla/działki? Jak człowiek ma świadomość, że jak się wszystko skończy to wszystko będzie skończone. Ludzie automatycznie przechodzą w tryb survivalu. Zamiast pytać, ile mam zamiar tego wieczoru wypić, pytają – w najgorszym przypadku, jak wylądujemy w sąsiednim mieście na tydzień, bez kluczy i komórki, to ile muszę zabrać, by nie brakło.

Multi-kulti
I tu jest szansa, że wrzucę kij w mrowisko, ale jest to moja opinia, a z nią jest jak z dupą, każdy ma własną. Mieszkam w miejscu, w którym idea multi-kulti zdaje się działać genialnie i pomimo tego, że widzę jak to wygląda tutaj, wcale nie radzę kolegom z Europy otwierać wszystkie granice. Mam wrażenie, że pewien splot okoliczności spowodował, że te same napięcia etniczne, co, dajmy na to, w UK występują, tu nie mają miejsca. Po pierwsze, tym miastem rządzi dość agresywny kapitalizm. Ciągle coś budują, ciągle nowe sklepy się otwierają, a pieniążek zgadzać się musi. Głównie dlatego, że jako imigrant w tej prowincji masz całkiem mało praw (przynajmniej w większości przypadków). Nie ma za bardzo zapomogi albo zasiłku. Przyjechałeś, zarób. Nie zarabiasz, spadaj. Przez to do tego kraju chyba trafia bardziej określony typ ludzi, zorientowany na działanie, a nie na pomoc. Dzięki temu, polska dzielnica nie cieszy się antagonizmem, a najlepszym schabowym w mieście, prawnikami/lekarzami/agentami mówiącymi w rodzimym języku i ładnym kościołem. Dzielnica arabska ma pycha falafela i sklepy z biliardem drobiazgów. Dzielnica chińska ma owoce, których nazwy nie jestem w stanie wymówić i ulicznych sprzedawców, co w lecie handlują świeżo wyciskanym sokiem z trzciny. Jest tyle regionalnych okolic, że pod względem kulinarnym nie widziałem nigdy niczego lepszego. To tutaj jadłem najlepsze sushi w życiu, najlepszego “taja” w życiu, najlepszego “meksykańca”, w sumie to tylko pierogi od babci pozostały na pierwszym miejscu w kategorii. Poważnie. Wszędzie jesteś jakoś milej widziany (o ile jesteś klientem – kapitalizm to kapitalizm). A do tego możesz zrobić małą podróż dookoła świata w jeden bezchmurny wieczór.

Życie nocne. Rozrywki
Pierwsza skucha – życie nocne kończy się o 2 w nocy (po tej godzinie większość lokali nie może sprzedawać alkoholu), ale do tej 2 to się dzieje! Jakakolwiek ulica w granicy centrum jest pełna w każdy weekend, a w pewnych lokalach to nawet we wtorek o 21 bez kolejki nie wejdziesz. Dowolny rodzaj muzyki, duży wybór koncertów całkiem dużych, dziesiątki lokalnych (barowe ekipy). Nasza ekipowa rozrywka w typowy weekend – znajdujemy ulicę i adres, wybieramy kierunek i ruszamy szukać największej speluny w okolicy. Jak człowiek tak chodzi od drzwi do drzwi, to się w różnych miejscach może zgubić:

Celtic Pub. Obecny zwycięzca w kategorii, najtańszy bilard w mieście. Znajduje się w bardzo modnej dzielnicy Toronto, więc mam teorię, że jest to jakiś front mafii, bo ja tam nigdy żywego człowieka poza nami nie widziałem. Jak się wchodzi to podobno śmierdzi strasznie domestosem (podobno, bo ja węch mam bardzo słaby, więc w tych sprawach polegam na innych – temat na osobny wpis), a smutna pani azjatycka barmanka się rozpromienia, bo klienta ostatniego widziała we wtorek.. zeszły. Long story short – piwo sikacz, ale uwaga uwaga! bilard po 1,5$ (tutaj to w ogóle jakaś mikro cena).

Joe Rod and Gun albo jakoś tak, my na to mówimy Barber. Naprzeciwko knajpy powyżej. Przewspaniałe miejsce. Ogarnijcie klimat – za dnia jest to zwykły salon fryzjerski, który do tego sprzedaje licencje na łowienie ryb i chyba na polowanie (a dlaczego? Kij wie – bo może?). No ale do tego mają tam taki mały barek, więc wieczorem już nie ścinają włosów, tylko ścinają w całości, piwkiem z beczki. Najlepsze we wszystkim jest to, że chłopaki czują bluesa i w soboty wieczorem pan właściciel/manager/mistrz fryzjerski przygrywa w tym stylu. Ekipa jest baaaardzo otwarta. Przykład: siedzieliśmy kiedyś na zakrapianej imprezie, gdzie w nocy udało nam się przekonać pana barmana, żeby posłuchał paru ciekawych kawałków rodzimego Dżemu (a co, chwaliliśmy się). Parę chwil później zainteresowany pan zaczyna ze słuchu podgrywać, a my niedługo później, pełnym pijackim głosem śpiewamy o naszej żonie co się Whisky nazywa. Widok wesołych Kanadyjczyków, grających nasze domowe kawałki, gdy my jesteśmy tak daleko od domu – niezapomniany. Możliwość słuchania tego z perspektywy fotela fryzjerskiego – bezcenna.

Kensington Market. To miejsce jest dla mnie jakieś magiczne. Wyobraźcie sobie funkcjonującą wioskę hipisów w centrum miasta. W weekendy często zamykają w tej małej dzielnicy ulice, przez co zmienia się to w spacerniak. Jest to najbardziej wyluzowane miejsce w całym Toronto. Gdy zasiądzie człowiek z jointem w jednym z lokalnych parków (marihuana jest tutaj praktycznie legalna), to zawsze pojawi się jakieś towarzystwo. Z własnymi jointami, albo fajką, tak po prostu usiąść, pogadać o dupie Maryny. Czujecie, jakie to jest wyjątkowe? W dzisiejszych czasach, gdzie ludzie patrzą na świat przez szybkę w smartfonie, jest miejsce na ziemi, gdzie czasem o tym zapominają i po prostu chcą poznać nową twarz. Tak zwyczajnie. Gdy człowiek wyruszy w ulice, od razu czuć ten unikatowy “klimat” tego miejsca. Witryny sklepów wbudowane w ogródki zwykłych domów mieszkalnych, z piaskownicami dla dzieci, gdzie sprzedają magiczne kamienie, domową biżuterię, czy miliard innych rzeczy, których nikt tak naprawdę nie potrzebuje. Na środku najpopularniejszej ulicy stoi stary samochód (trochę wygląda jak trabant), który został przerobiony na ogródek i cały zarasta jakąś na wpół przemyślaną aranżacją roślinek. Po drodze spotkasz pana z irokezem, pana/panią, panią/pana, wszystkie kombinacje stylów, ubiorów, mody, wyznania, kultury. Słyszałem plotkę, że jak w okolicy pojawia się policja polująca na lokalnych dealerów (w sumie ciekawe, czemu oni dalej funkcjonują – chyba tylko ciężkie tematy), to fronty sklepów zaczynają sprzedawać odblaskowe kamizelki (takie jak na budowach) i faktycznie, gdy raz tamtędy szedłem, to cała ulica zdawała się krzyczeć uwaga! – coś się dzieje. Można się różnie zgadzać z moralnością takich zabaw (ja akurat zgadzam się średnio), ale nie można odmówić im… uroku. Kiedyś gdy tam byłem, spotkałem ulicznego “performera” z namiotem, nad którym było napisanie “The Big Tent of Nothing” (Wielki Namiot z Niczym). Wejście było za 2 dolary. Oczywiście, że zapłaciłem. Nigdy nie uwierzycie, co zobaczyłem w środku. Macie klimat?

Japońska knajpa Mika coś tam. Na college, tam gdzie krzyczą. Zabijcie mnie, ale nazwy tego przybytku nie pamiętam. Jak potrzeba to sprawdzę i dopiszę. To jest takie niesamowite miejsce, co się człowiek czuje tak nieswojo, że aż zajebiście. No nigdy nie sądziłem, że polubię bar, gdzie ciągle na mnie krzyczą (pozdrawiam Rejs). Wyobraźcie sobie, że wchodzicie do knajpy, a obsługa Japończyków drze na całe gardło Ko-Ni-Czi-Ła czy inne takie, do tego bijąc w gong. I nie tak bing-bong. Bardziej bing-bing-bing-bong, tak żeby każdy słyszał. W dobrym zwyczaju jest im odpowiadać, więc wymyślasz im, że oni sami są Ko-Ni-Czi-Ły czy inne Itadakimasy. Misie są tak podekscytowani, że krzyczą po swojemu jak coś zamawiasz, jak idziesz do kibla, jak z niego wracasz i tak ogólnie, jak po prostu wpadną na taki pomysł. Do tego jedzenie jest przepycha, a przez te ich ciągłe zaczepki atmosfera jest niepowtarzalna! Barman na spokojnie podchodzi do wymyślnych zamówień. Kolega się chwalił, że załatwili sake bomby (czyli taka miseczka sake wrzucana do piwa… chyba), ale zamiast sake użyli wódki. U nas to się nazywało u-boty, ale jak widać Niemcy i Japończycy jak się ze sobą kiedyś dogadywali, tak się i dziś dogadują. Ogólnie nie jest to zbyt doskonałe miejsce na romantyczną randkę przy świecach, bo kelnerowi zdarzy się, na przykład, rzucić w ciebie kalmarem (w sensie że na talerz – nie w ciebie, ciebie), bo stwierdził, że masz pusto, a on ma kalmara, więc teraz ty go masz, a on nie. Tam trzeba być ciągle uważnym. Wspaniałe miejsce!

Wheelans Gate. Nasze typowe miejsce zgrupowań, pewne postaci z naszego grona zawsze tak wybierają, bo to leniwe dziwy, a to najbliższa knajpa od nich. Co trzeba jej jednak oddać, że jest bardzo przyjemna. Typowy grubiański irlandzki pub, z piwem pełnym piany i ławami zrobionymi z prawdziwego drewna, co już tyle wypiło, że zawsze się nieco chybocze. Dlaczego wpadli oni na pomysł sztandarowej potrawy pod tytułem – “nacho fries”, stoi pod grubym znakiem zapytania, biorąc pod uwagę stylistykę. Nasze chłopaki potrafili tego zamówić na oko z dwie tony w trakcie wieczornej posiadówki. Potrawa to bardzo prosty w założeniu pomysł – weźmy typowy styl podawania nacho (kukurydziane chipsy ze śmietaną, papryką jalapeno, czy jak jej tam, serkiem, meksykańskimi przyprawami, mieszanką salsy pomidorowej i guacamole), ale zamiast chipsów, dajemy fryty. Fakt, że raz się tak obżarli, że chyba obecnie Wheelan jest na cenzurowanym. Bo nie wiemy, czy pokonało ich łakomstwo, czy wiek frytek.

Na razie tylko taki krótki opis, na zachętę. Jest tego dużo, dużo więcej, ale robi się późno. Temat jak najbardziej jeszcze niewyczerpany.

Czołem!

Daj znak/sygnał

Komentarz