Opowieść windziarki z CN Tower

Heyah!

Co to CN Tower w Toronto jest, to wiedza raczej taka ogólna, także tylko w dwóch słowach – dla śpiących. Jest to najwyższy budynek/wieża/obiekt tutaj, który z daleka jest bardzo malowniczy, ale traci przy bliższym poznaniu (taki betonowy pałąk trochę to jest). Na szczycie tej igiełki funkcjonuje nawet całkiem sympatyczna restauracja z fenomenalnym widokiem, a do tego mają tam wszystkie inne typowe turystyczne bzdety. Jest szklana podłoga z widokiem na miasto, całkiem spory taras do podziwiania panoramy, sklep, w którym można kupić 1000 rodzajów syropu klonowego, misia z flagą Kanady i otwieracz do butelek w kształcie kija hokejowego. Taka tam typowa pułapka. Jak ktoś ma do tego nieco głębszą kieszeń, to może się szarpnąć na tak zwany “spacer w chmurach”. Jest to bardzo dumna nazwa, bo w praktyce polega on bardziej na tym, że przywiązują cię do takiego relingu na szczycie wieży i tak sobie łazisz dookoła bez żadnych barierek, żeby sobie przypomnieć jak to jest być śmiertelnikiem. Sam nie próbowałem, ale nawiązuję do tego, bo o tym właśnie była historia poznanej pani z CN Tower.

Miałem szczęście, że jakoś tak w zeszłym roku zdarzyło się mojej firmie właśnie w tej podniebnej restauracji zorganizować swoje sympozjum dla pracowników. Przez sympozjum mam tutaj oczywiście na myśli wspólne zapijanie mordy i głupio-mądre zabawy z kolegami z pracy, ale kto kiedykolwiek na sympozjum był, ten wie, że tak się ono zazwyczaj kończy. Jako że jestem palaczem, a palenie w podniebnej restauracji jest SUROWO zakazane, w trakcie tej imprezy wiele razy korzystałem z “windy dla obsługi”, aby zjechać na ziemię, do dedykowanego miejsca dla ludzi, których to społeczeństwo szczerze nienawidzi (palacze mają tu gorzej niż naziści). Zjazd windą zajmuje kilka minut, więc aby zabić nudę, zaprzyjaźniliśmy się z panią windziarką, co nas tak radośnie w górę i w dół w trakcie tej imprezy woziła. Podzielę się więc jedną z historii, którą nam opowiedziała:

Co parę minut zbierana jest ekipa, która na ten reklamowany “spacer w chmurach” się zapisała i po krótkim przeszkoleniu, podpinają się pod reling i idą. Zazwyczaj nie ma z tym zbyt wiele problemów, bo ludzie generalnie dzielą się na takich, co wysokości się BOJĄ i na pomysł, żeby biegać na sznurku po dachu najwyższego budynku w Toronto nawet nie wpadają. W drugiej kategorii mamy natomiast takich, co im koncept niebezpieczeństwa grawitacji umyka, więc latają tam weseli od ucha do ucha. Z tego co nam pani windziarka opowiedziała, tego dnia zdarzył się jednak ktoś, kto o swoich lękach chyba najzwyczajniej w świecie… zapomniał. I nie byłoby z tego żadnej historii, gdyby nie fakt, że w trakcie biegania po balustradzie wymieniony jegomość nagle sobie wszystko bardzo szybko przypomniał, nogi mu zmiękły, a na tym relingu najzwyczajniej w świecie zawisnął twarzą w dół w stronę przeznaczenia. W tej sytuacji zrobił najbardziej rozsądną rzecz, jaką mógł zrobić, czyli wydarł się, zrzygał, a na koniec zemdlał. Abstrahuję już od tego, jak wesoło musiało być na dole, gdy towarzystwo w kolejce zorientowało się, że to, co na nich kapie ma niewiele wspólnego z ciepłym letnim deszczem, bo sytuacja na górze wcale nie miała się ku końcowi. Przez to, że pan wisiał, a do tego swoje kilogramy miał, to obecna obsługa potrzebowała wsparcia od przeszkolonych dodatkowych alpinistów, żeby tego amanta wysokości z tego sznurka ściągnąć. W tym czasie najbardziej wszystkim zainteresowany, wpadł w bardzo niebezpieczną nieskończoną pętlę. Mianowice co kilka sekund budził się, spoglądał w stronę przepaści, nad którą był zawieszony i robił to, co umiał najlepiej, czyli krzyczał, rzygał, a potem mdlał. Cała sytuacja trwała kilka minut, bo na górze z oczywistych powodów zrobił się trochę chaos. W sumie to jedyne, co się w cyklu zmieniło, to to, że w pewnym momencie jegomość już tylko budził się i mdlał, bo w żołądku miał pusto, a na krzyczenie zabrakło sił. Nie wiem, jak wy to widzicie, ale dla tych, co mają lęk wysokości – właśnie tak sobie wyobrażam piekło. Historia zakończyła się w miarę bezpiecznie, bo całkiem sprawnie pana jegomościa z tej sytuacji wyciągnęli, ale jak to podsumowała pani windziarka – “Well, he was alive but he still ended up in a pretty SHITTY situation.”. Co w moim wolnym tłumaczeniu brzmi – był żywy, ale i tak miał dość mocno przesrane.

Co ciekawe, po powrocie na “sympozjum” nawet nam firma zaoferowała wypad na górę, ale dziwnym trafem nikt z tej windowej ekipy się nie wybrał. No jakoś nie przekonała nas do tej rozrywki.

Czołem!

(zdjęcie z http://www.cntower.ca)

Daj znak/sygnał

Komentarz