O mieście pod miastem

Heyah!

Chyba spodobało mi się to nowe hobby, a że tak sobie założyłem, że będę tutaj pisał, gdy tylko najdzie mnie inspiracja, to jestem.

A wiecie, że Toronto to tak naprawdę dwa miasta?
Najpierw wstępniak. Generalnie miasto jest proste jak szmata. Jest kratka ulic północ-południe i wschód-zachód i jedna pojebana ulica co skręca, czyli Dundas. Kto był, ten wie. Kto nie był, jest mapa googiela w 3d, se może zobaczyć. Do każdego miejsca w centrum Toronto można się dostać, idąc prosto i skręcając dokładnie 2 razy. Linia metra jest równie skomplikowana, co tutejsze adresowanie, więc biegnie ona na wysokości pi razy oko połowy na linii wschód – zachód i nad najbardziej bankowo/uczelnianym odcinkiem w kształcie literki U – północ-południe.

No i w tym U, a dokładniej jego podziemiach postanowili tutaj zbudować sobie drugie miasto. Jeśli kiedyś JEBNIE BOMBA (pozdrawiam CIA), to tak właśnie będziemy sobie żyli w takich miastach. Nazywa się to PATH (*ścieżka) i jest to sieć połączonych tuneli dla pieszych, biegnących wzdłuż i wszerz ścisłego centrum Toronto. Myślę, że zaczęło się od przejścia dla pieszych równolegle do linii metra, ale gdy lokalne centra handlowe, biznesy, podziemne parkingi i dudusie z zapiekankami się w temacie zorientowały, to podłączyły swoje własne poziomy -1/-2 do siatki. Obecnie wygląda to tak, że do ŚCIEŻKI można wejść w okolicach jeziora, a wyjść po 1,5 h spaceru w okolicach północno-wschodniego końca uniwersytetu. Po drodze miniemy każdy możliwy biznes na świecie, od pucybuta, do sprzedawcy telefonów, francuskiej piekarni, wallmartu, “restaurant center” jakiegoś lokalnego centrum handlowego (swoją drogą temat na osobny wpis – jak zrobić centrum handlowe gdzie poza Makiem dają PRAWDZIWE jedzenie). No dosłownie wszystko, co można po drodze załatwić, jest do załatwienia.

A w zimie to nam wszystkim tutaj ratuje dupska. No czujecie, jaki to jest szok środowiskowy, jak wam w nocy z wtorku na środę jebnie tak z biliard ton śniegu na metr, a rano wszyscy wkurwieni, że drogowcy zaspali? To wyobraźcie sobie, że u nas żyjemy z myślą, że tak może być między 15.30, a 17.27… Wyszedłem na papierocha w okolicach czwartej i śniegu było w granicach kostek, wracam do roboty i tak jak mam w zwyczaju, przed szóstą zwijam się do domu. Śniegu jest po uda… Jak paliłem, to trochę zaczęło sypać, przyznaję. Ale no kurwa mać! To nie jest normalne. Więc pełznę sobie do mojego metra, trochę po ulicy, trochę po chodniku. Znaczenia nie miało to żadnego. Okazjonalnie tylko jakiś pickup po śniegu się ślizgał, poza tym samochodów brak. To tak sobie idziemy po tej wyślizganej ścieżce, zdając sobie sprawę z tego, jaka jest realna szansa, że dotrzemy do domu w jakimkolwiek najbliższym czasie. Brak metra północ-południe i przerwane połączenie wschód-zachód było szybkim potwierdzeniem. Na szczęście okazało się, że dotarliśmy do:

ŚCIEŻKI
Nagle świat staje przed tobą otworem. Do domu ni chuja nie dojdziesz, masz utknięte pod ziemią zanim wszytko odsypią (a tu sprawni drogowcy są, 2 godzinki i można chodzić, 4 godzinki nawet da się jeździć), ale masz dostęp do wszystkich centrów handlowych w srołn-tołn (*Downtown), każdego baru przyklejonego do metra, każdego sklepu z bibelotami, a jak się na kogoś obrazisz, to mu zwiejesz i nigdy cię nie znajdzie. Jeśli mam być więźniem zaspy śnieżnej, a to ma być moje więzienie? Zamykajcie mnie! Najlepiej co wtorek wieczór. Bardzo szybko znaleźliśmy radosną ekipę, która jest tak samo rozbawiona całą sytuacją i tam poznaliśmy ludzi. Jak już poznaliśmy ludzi, to znaleźliśmy piwo. Jak znaleźliśmy piwo, to nie byliśmy już więźniami. Byliśmy mistrzami surwiwalu! Ciekawa postać to bardzo miła i wygadana Azjatka, która nazywała się (wybaczcie wszyscy) Chung-Wie czy jakoś tak. W każdym razie, z moim rodakiem z pracy bardzo szybko przechrzciliśmy ją dla wygody na Chuj-Wie.

Zdawało się jej to nie przeszkadzać.

No ale gwoli ścisłości, ona mówiła do mnie RIDIK… no ridik kurwa.

Czołem!

Daj znak/sygnał

Komentarz