O Pablo Escobarze z “poradni”

Heyah!

Tytuł trochę nietrafiony, ale sprawdziłem w słowniku i słowo dispensary właśnie tak się tłumaczy. Dla nietutejszych: w poradni/dispensary (torontońskiego znaczenia) można się wielu rzeczy poradzić, ale nie za wielu przydatnych. Jest to bardziej sklep ogrodniczy, który ma zazwyczaj tylko jedną roślinkę na stanie, ale w bardzo wielu odmianach, pod ciekawymi nazwami.

Nie owijając w konopie, sytuację prawną marihuany w Toronto da się opisać jako “niesprecyzowaną”. Z jednej strony dalej jest chyba do sprzedaży nielegalna bez recepty, ale z drugiej, już pan premier powiedział, że za rok będzie dla wszystkich, więc jakoś tak głupio teraz łapać i zamykać. Zanim do jakiejkolwiek rozprawy dojdzie, to już nie będzie za co się rozprawiać. Raz na jakiś czas będzie wielki sukces w lokalnych internetach odtrąbiony, bo zamknęli 3 “poradnie” i przejęli 100 kg nielegalnej marihuany. To tak jakby urząd skarbowy zamknął za podatki fabrykę wódki i do tego chłopakom dojebał z celnej za nielegalną produkcję alkoholu. No i szkoda tych trzech które odpadły z… ponad trzystu, jakie obecnie są w tym mieście i okolicach.

No a ja od maleńkości ciekawski byłem, to i chciałem zobaczyć, jak ta procedura obecnie wygląda. Przyznam szczerze, że do sprawy podszedłem jak totalny turysta, bo nie wiedziałem o tych sklepach nic, a jedyne, co słyszałem to plotka, że prawne obejście na zakup marihuany realizuje lipna wizyta u pielęgniarki na skypie (powaga!), która przez internet wystawia receptę na, dajmy na to, bezsenność.

Większość takich spraw rozwiązuję po swojemu, czyli praktycznie: googielu Dispensary Toronto i wyszło mi, że jest ich w chuj (stąd ta moja estymacja, że jest ich trzysta), poprawiłem na Dispensary Toronto near me i mam: jedna 500 metrów, trzy w granicach kilometra, jedna 250 m i najbliższa… 120 metrów ode mnie. No to Usain Bolt zrobiłby ten dystans pewnie w jakieś dziesięć sekund, więc ja precyzyjnie 90 Usainów Boltów później zjawiłem się na miejscu.

Wszedłem delikatnie onieśmielony, ale miałem dobry powód, bo na krzesełku za ladą siedział najbardziej wyluzowany człowiek, jakiego widziałem. Był to około dwumetrowy murzyn o niezwykle zaraźliwym uśmiechu, z uwaga, uwaga – rudymi dreadlockami! To taki typ człowieka, co na sam widok już tak go lubisz, że nawet jak by cię na wejściu wkurwił, to byś mu wybaczył.
Rzecze On:
“Welcome brother, to the place where we have everything you need, cause we have weeeeeeeeeeeddd”
*Nie umiem przetłumaczyć zawartej rymowanki, ale w wolnym: Witamy w miejscu, gdzie mamy wszystko co potrzebujesz, bo mamy zioooooło.
(Update: “Chylę przed tobą czoło, może przyszedłeś po zioło?” – rymowane tłumaczenie od Anny z FB, które trafia dużo lepiej niż oryginał).

No kupił mnie tym tekstem. Przyznam szczerze, że zatkało mnie trochę. Raz przez marketingową skuteczność, a dwa to tak ogólnie. Udało mi się w końcu wydukać coś w rodzaju.
(Nieistotne pod względem angielskiego brzmienia dialogi będę bezpośrednio tłumaczył)
– Cześć, chciałbym zapytać, co muszę przy sobie mieć (ja myślałem o recepcie, czy czymś takim), żeby to od ciebie kupić?
Spojrzał na mnie, chyba nieufnie, ale tylko szerzej się uśmiechnął.. zbiło mnie to trochę z tropu.
– Eeeee… Pieniądze?
Tak mnie tym ucieszył!
Myślę sobie, zajebiście! To akurat mam. Byłem więc absolutnie przekonany, że nam się ta negocjacja powiedzie, więc wybrawszy, co tam pokazywał idę w stronę kasy, gdzie był jego asystent (nie będzie przecież szef z krzesełka wstawał). Ten był dużo, dużo młodszy, ale też mi trochę zaimponował, bo wplecione w swoje włosy miał.. długopisy. Autentyk. No i przyznam, że chyba zepsułem mu trochę dzień, bo w moich zakupach kryła się nie lada zagadka matematyczna – 13 + 3 * 15 dolarów. No i tak patrzę, że intensywnie myśli.

Ciekawe było to, że w zasięgu ręki miał telefon i jakiegoś iPada, co oczywiście przypomniało mi mantrę matematyczek: “nie będziesz miał przy sobie całe życie kalkulatora”.

Wyciągnął długopis z włosów, coś zanotował, włożył długopis do włosów.

Myślę sprytnie, pisemnie liczy.

– 50 dolarów. – odpowiada po chwili.
– You sure? That’s not even close.
* Jesteś pewien? To nie jest nawet blisko.
I tu pan SZEF delikatnie skinął głową,
– Close enough.
* Wystarczająco blisko.

No się poczułem niesamowicie. Na wpół nielegalne negocjacje zakończone sukcesem i do tego ze zniżką! Zabił mi jednak pan trochę humor pytaniem… gotówką, czy kartą? Włożył mi to potem do papierowego woreczka, dał paragonik, ja pipnęłem kartą, podziękowałem i poszedłem.

Faktycznie Pablo kurwa Escobar (pozdrawiam CIA), ledwo z życiem uszedłem.

Jeszcze mi tak na koniec wpadło. Do wszystkich co się na matematykę obrazili. Wiecie dlaczego to dobrze, że nawet w “humanie” trygonometrią, funkcjami, i X’ami Y’ami męczyli? Bo teraz jak już zaczniemy głupieć ze starości, nałogów, albo tak hobbystycznie, to chociaż nam dodawanie zostanie.

Czołem!

Daj znak/sygnał

Komentarz