Kanadyjski wieczór kawalerski!

Którego, tak po prawdzie, to nawet nie było.

Heyah!

Obiecałem, że życia nocnego Toronto będzie ciąg dalszy, to jest. Z pewnej ciekawej… perspektywy.

Byłem sobie raz na Kensington market na samotnym piwie (o Kensington i jego specyficznym klimacie było już z trzy posty temu i będzie jeszcze później). Pewien kolega miał mi towarzyszyć, ale mnie wystawił (mam nadzieję, że do dziś Bartuś żałujesz), więc akurat zmieniałem bar, z jednego co jest smutny, na jakiś inny, który miał być wesoły i tak poznałem Henry’ego! To była taka postać stylowo i aparycją zawieszona gdzieś pomiędzy Johnem Lennonem a Michaelem Jacksonem i od pierwszego słowa wiedziałeś już, że człowiek jest przezajebisty.

A tylko mnie o ogień poprosił.

EKIPA

Jakoś tak poczułem, że ta postać to początek przygody, więc zagadałem… przyznaję… próbowałem po swojemu Henry’ego.. poderwać?

No! To często tutaj bywasz? (Do you come here often…) Z jakąś własną ekipą jesteś, czy tak sam sobie? (Are you alone, or with a crowd?…). No z perspektywy anglojęzycznej brzmiało to jak bardzo słaba próba poprawienia swojego szczęścia przy barze z nieznajomą niewiastą. Ale Henry był spoko. Uratował mnie i moje zażenowanie w moment czając, że gdzieś z rubieży Europy pochodzę. Przeszedł do typowego skąd jestem i zaczęliśmy opowiadanie życiowych historii (bo każdy w Toronto ma chyba jakąś). Do dziś nie wiem, jak to się stało, ale tak od słowa do słowa zapytał:

Ty, a w sumie to my się tu zbieramy na wieczór kawalerski. Chcesz iść z nami?

Jak ktoś się mnie zapytał, dlaczego kocham Toronto, to właśnie to, TU U GÓRY JEST TO!

No, przekonał mnie. Ukradkiem napisałem tylko do tego, co mnie wystawił, że “jak do jutra się nie odezwę, to mnie szukaj, bo z dziwnymi ludźmi uderzam w melanż, a jeszcze nie wiem, czy nerkami nie handlują”. Czy coś w tym stylu.

Szczegóły operacji:

Henry powiedział mi, że każdy musi mieć niewiarygodną historię, więc zapytał mnie, na czym w życiu się znam.

To mu powiedziałem, że umiem robić gry.

“Fantastycznie Rad (on mówił na mnie Rad! czujecie!), to jesteś programistą co zrobił Pokemon Go i specjalnie pisałeś mapy pod Toronto i znasz tu wszystkich.”

No brzmiało to dużo lepiej niż to, co obecnie robiłem, więc pozostało mi przyznać mu rację.

Potem poznałem Ekipę!

13 chłopa różnych nacji, ubranych od garnituru, po dres w paski (i nie, to nie jest literówka), no generalny przegląd społeczeństwa. Po krótkich zapoznaniach wsiadamy do “limuzyny” (“limuzyna” to był taki przedłużony hummer z polmozbytu, który swoje lata świetności widział.. nigdy). Była cudowna. W dosłownym znaczeniu tego słowa. Miejsca miała na około osiem osób, a nas tam było wtedy czternastu, więc się wszyscy przytulali. W tej sytuacji każdy gadał z każdym, skoro inaczej się nie dało. Pomogło mi to w miarę szybko rozeznać się w reszcie Ekipy.

Jeden koleś od razu chciał mi sprzedać jakieś mieszkanie w piwnicy w srołn-tołn (Down Town). Trochę mnie to zdziwiło.

Kumpel napisał, że nie wierzy. Wysłałem mu zdjęcie. 26 wyprostowanych środkowych palców ze środka limuzyny (tak po prawdzie to sześciu i to w tle, ale kto by tam liczył).

Sytuację w środku można opisać słowami piosenki: “dzieci wesoło(…), zapaliły papierosy, wyciągnęły flaszki”. Okazało się, że przystanek pierwszy – Kanadyjska domówka:

Pogadalim. Popilim. Pojechalim.

DOMÓWKA:

Ja myślałem, że wieczory kawalerskie są zazwyczaj jakieś takie bardziej zorganizowane, ale przystanek pierwszy to była domówka, na którą tylko jeden z obecnych w limuzynie został zaproszony… My byliśmy jego niezapowiedziane +13. Wiecie co powiedziała Pani Domu, (której urodziny, jak się okazało, obchodziliśmy), kiedy naszą armię zobaczyła?

O! Tylu was jest, to wreszcie otwieramy Mean Jacka Danielsa! (Taka flacha promocyjna pięciolitrowa…). SHOOOOOTS!

Jak ktoś się mnie zapyta, dlaczego lubię Toronto, to właśnie dlatego! Człowiek człowiekowi człowiekiem (a zombie zombie zombie).

No kto inny normalny na świecie przyjmie ci na twarz trzynastkę dodatkowych gości do domu, z definicji zakładając, że żaden z nich nie jest zjebem. Szczególnie że był tam przynajmniej taki, który w Ekipie istniał raptem 30 minut.

Pośpiewalim. Pogadalim. Potańczylim. Popilim. Poszlim.

Mike (ten koleś, co wcześniej) chciał mi sprzedać jakieś mieszkanie w piwnicy w srołn-tołn (Down Town). Trochę bardziej mnie to zdziwiło.

Przystanek drugi:

JAPOŃSKA SZTUKA BONDAGE

Przyznam szczerze, mam problem, jak Wam ten “performance” opisać. To był bardzo ładny klub, w bardzo nieładnej dzielnicy Toronto, gdzie jak się zapłaciło piętnastaka, to można było show zobaczyć. Show polegało na tym, że wychodziła Azjatka (stąd japońska), która na golasa wiązała się w różnych pozycjach (stąd bondage), ale było to bardziej erotyczne niż porno (stąd sztuka). Ja nie chciałbym tutaj was czytelnicy wprowadzać w bardziej ciemne strony internetu, więc kto ciekawy… sobie sprawdzi. Jest strona albo dwie w tej tematyce.

Swoją drogą. Gdzie indziej na świecie można coś takiego zobaczyć? Jak się po padole bujałem, to nigdy nawet o takim ewenemencie nie słyszałem. Kto w swoim mieście ma lokal ze sztuką bondage, niech da znać, bo jak na razie to chyba tylko Toronto i… tak generalnie Japonia..

Jak ktoś się mnie zapyta, dlaczego lubię to miasto, to właśnie dlatego. Za to, że zawsze gdzieś tu czeka niespodzianka.

Popaczylim. Popilim. Pogadalim. Poszlim.

Mike chciał mi sprzedać moje wymarzone mieszkanie w piwnicy w Down Town. Opisał to słowami – to taki trochę penthouse z widokiem na CN Tower, tyle że nie ma w nim okien.

Przystanek trzeci:

KARAOKE

Myśleliście, że takie zwykłe? Tutaj sparafrazuję klasyka. Tak, uważam, że naszym chłopakom brakuje trochę luzu. Bo w domu jak zrobili wieczór karaoke w pierwszą środę miesiąca, to mają program na laptopiku, mikrofon i.. w sumie tyle (ale i tak było fajnie). Tutaj w przybytku, sprzętu po dach, ekrany na każdej ścianie z napisami, a do tego prywatne pokoje, gdzie można sobie w mniejszym gronie pośpiewać. Ciekawy mają jeden patent: jest jakieś 20 czy ileś predefiniowanych teledysków, które lecą na tych telewizorach jako tło do melodii. Teledyski nie są w żaden sposób powiązane z piosenką która leci, więc co się kiedy pojawi, to jest rzut kostką. W naszym przypadku piękne było gdy podkładem do filmu o zakochanym Onym i zakochanej Onej w białej pościeli ze swoim nowym niemowlęciem był “Let The Bodies Hit The Floor” *piosenka, której tytuł wolno tłumaczy się na – Niech martwe ciała upadają na podłogę. Myśleliśmy, że mamy zwycięzcę, ale potem na telewizorze pojawiły się skróty finałów mistrzostw świata, z przytulającymi się piłkarzami do taktów klasycznego “I’ll take you to the GayBar” *zabiorę cię do GayBaru.

Karaoke prowadził Indyjski impersonator Elvisa Presleya o pseudonimie Johny D… Nie pytajcie dlaczego D, jak to przy piwie – były różne teorie, a wniosków żadnych.

My odśpiewaliśmy “We will rock you” na kilkanaście tenorów, basów, sopranów i wszystkich, a wzruszony naszym występem (no chyba, że płakał z bólu) zaprzyjaźnił się i dosiadł na piwko. Zabawiał nas potem słynnymi tekstami w temacie: “Thank you, Thank you very much”/”Hail to the king, baby” z akcentem rodem z egzotycznego call centre. W końcu zaśpiewał “Love me Tender”. Tak myślimy, pewni nie jesteśmy.

Jak ktoś się mnie zapyta, dlaczego lubię Toronto, to właśnie dlatego.

Pośpiwalim. Pogadalim. Popilim. Poszlim.

Ten mój zajebisty ziomek Mike miał dla mnie jakąś ofertę na mieszkanie w rozwijającej się części Down Town. Podobno strasznie bezpieczne jak będzie huragan.

KLUB

Skończyliśmy typowo, bo na praktycznie zwyczajnym pobycie w klubie. Na wieczorze kawalerskim panuje jednak pewna nietypowa magia. Można wszystko. No czujecie różnicę między kolegą zabawiającym panią przy barze:

Bo teraz jest taka zabawa, że pijemy tequille, ale limonkę wyciągamy zębami z dekoltu. Wchodzisz w to?
a:
Bo teraz jest taka zabawa, że pijemy tequille, ale limonkę wyciągamy zębami z dekoltu. Takie nam zadanie przyszły pan młody zlecił. Pomożecie?

Pomogły.

I tutaj podaję taki bardzo kawalersko “krytyczny” przykład (zresztą tego wieczoru raczej jednostkowy – dość grzecznie było), ale tak ogólnie to ludzie byli dużo bardziej otwarci i nasz mały tłumek znajomych tylko się powiększał.

A wieczór kawalerski potoczył się tak, jak powinien, więc… jak się mnie ktoś zapyta, dlaczego tak lubię to miasto… nie pamiętam?

Potańczylim. Pośpiewalim. Popilim. Pogadalim. Pożegnalim się i Poszlim.

I TU SCENA

Bo widzicie. Kiedy dotarliśmy do klubu, to porozmawiałem z Panem Młodym i okazało się, że do żeniaczki mu wcale nie było blisko. Chyba nawet nie miał dziewczyny. Po prostu z kolegami, z różnego grona mają taki zwyczaj, że raz w roku spotykają się na fikcyjnym wieczorze kawalerskim, gdzie rzut kostką decyduje o tym, kto będzie w tym roku nosił szarfę i wymyślał zadania. Pozostali wybierają sobie fikcyjne role i zgodnie z tradycją świadek (równie fikcyjny) organizuje plan zajęć. Jakoś tak przeczuwałem, że nie tylko ta moja Pokemonowa historia była zbyt piękna, żeby była prawdziwa, a połączenie stylu Johna i Michaela, który Henry wiernie reprezentował zbyt… przemyślane.

A nawet chciałem to atrakcyjne mieszkanie w Down Town kupić.

I tutaj tylko rzucę otwarty pomysł na biznes, dla rodaków do otwarcia w domu (Henry za namowami już temat w Toronto podjął). Agencja organizująca imprezy, co fikcyjne wieczory kawalerskie wyprawia.. Bo chłopaki. Wy wiecie, że te imprezy to zazwyczaj strasznie fajna sprawa, ale głupio tak kolegę na szafot poświęcać.

A tak raz w roku się szarpnąć, wymyślić historię i po prostu z Ekipą ruszyć?

Mam nadzieję, że tym razem też mnie zaproszą.

Czołem!

Daj znak/sygnał

Komentarz