Nocne życie Toronto: O Grze w golfa!

Heyah!

Taki przewodnik dla nocnych turystów, z perspektywy przygody. Dziewięć knajp, czyli dziewięć dołków. Żeby było troszkę ciekawiej, to dziś nawet ze zdjęciami (moje, więc robione ziemniakiem).

Jak przewodnik, to i spis treści nawet jest. A co!
Dołek 1: Local’s Only
Dołek 2: Painted Lady
Dołek 3: Get Well
Dołek 4: Cloak and Dagger
Dołek 5: Maddison
Dołek 6: Wide Open
Dołek 7: Firkin
Dołek 8: Domówka u Marco
Dołek 9: Local’s Only v.2

Wstęp

W pewne sobotnie popołudnie siedziałem sobie w raczej opustoszałym o tej godzinie lokalnym barze. W jednej chwili zrobił się w nim jednak tłok, ale tak nagle, bum! i był. Nawet to mnie nie zdziwiło, bo lokal ten ma w zwyczaju pękać w szwach, gdy wieczór nadchodzi, ale jak się odwróciłem i rozejrzałem po sali, to już byłem trochę zaskoczony. Sześciu chłopa, przebranych w pełne stroje golfistów, z emblematami sponsorów i wszystkimi bajerami, patrzy się na mnie z dużo mniejszym szokiem. Jeden z nich, jak gdyby nigdy nic skręca kija golfowego i przygotowuje piłeczkę.

Pyk.

Trafia w stojący na końcu 15 metrowego korytarza drewniany “dołeczek” jak w minigolfie. Tłum ryczy! Ja też ryczę! Jeszcze nie wiem dlaczego, po prostu wyglądało to bardzo imponująco. Zaraz potem zamówili 6 drinków i łyknęli naraz. Odnotowali remis.

– Mam pytania… – Zagadałem.

Wytłumaczyli mi więc, na czym polega gra w pubowy golf, opracowali zasady, a potem zaprosili do partyjki. No co ja miałem im na to odpowiedzieć?

Pub golf:

Gra jest pochodzenia bodajże brytyjskiego, ale okazało się, że w Toronto też się ją czasem praktykuje. Chodzi o to, że towarzystwo przebiera się za golfistów, po czym rusza na miasto uderzyć dziewięć (lub osiemnaście, dla twardzieli) dołków, czyli knajp. W każdej knajpie jest ustalany “par”, który wyznacza, co pijemy i ile haustów potrzebujemy by wyjść na zero. Tyle w skrócie, reszta wychodzi w praniu.

Dołek 1: Local’s Only ^^^

(region – SrałnTałn)

Tu panów graczy spotkałem. Knajpa jest w ciągu dnia jaskrawym i przyjaznym dla tutejszych barem, gdzie faktycznie czuć taką lokalną atmosferę. W nocy natomiast jej charakter zmienia się kompletnie. Jest to jeden z tych barów nastawionych na relacje intymne, randki i podrywanie. Koszykówki tam nikt nie ogląda. Chyba udało mi się odkryć, jaki jest sekret stworzenia takiego miejsca. Wbrew intuicji nie jest ważne, czy za barem stoi ładna barmanka, ale jest bardzo ważne, czy stoi tam przystojny barman. W Localsie zatrudnili chłopaków z Agencji Wspaniałych Modeli. Dzięki temu ci przechodzący wieczór panieński, kameralny wypad z koleżankami na miasto, dwa małe z kumpelą po pracy, często w to miejsce zakręcają, przecież takie fajne tam d… riny robią. Mając to na uwadze, widzieliście kiedyś bar pełen tylko kobiet? Bo ja nie. Przecież nie tylko ja jeden mam oczy i pragnienie miłego towarzystwa, więc miejsce bardzo szybko balansuje się płcią brzydszą i jakoś tak naturalnie ten specyficzny klimat się rodzi. Dla kontrprzykładu barmanka modelka na pewno zachęci klienta z ulicy, ale przyjdą tylko chłopcy, a lokal szybko zmieni się w oglądalnię baseballa. Taki to szowinizm.

Par: Jeden haust na wypicie drinka (vodka-soda).

Wypiłem karniaka – na razie remis – wszyscy na 0.

Konkurs na strój: I to był dodatkowy element zabawy. W każdej knajpie po zrobieniu dołka pytaliśmy barmana, który z golfistów ma najlepszy strój. Potem delikatnie sugerowaliśmy, czy bar mógłby jakąś nagrodę zafundować zwycięzcy. Zazwyczaj z uśmiechem fundował. Tutaj jednak o konkursie zapomnieli.

Dołek 2: Painted Lady ^^^

(Podjazd meleksem 504 – region – Ossington)

Ta knajpa ma tylko jeden bajer, ale mocny. Z wyglądu to jest typowy nierzucający się jakoś szczególnie stylowo bar. W pewne wieczory organizują tutaj jednak pokaz… kabaretu. Mam tutaj na myśli to wydanie francuskie, a nie nasze “śmichy chichy”. Nie mam pojęcia jak to przeszło, ale działa. Raz byłem tam świadkiem ciekawej sytuacji. Jakiś pechowiec miejsce wybrał na pierwszą randkę i nieopatrznie usiadł przy barze z wybranką. Jakieś pół piwa później pani w stroju Nicole Kidman z Moulin Rouge (ale wyglądzie raczej Zellweger) zaczyna tam na tej drewnianej ladzie nad nim tańcować. Wybranka chyba była niezbyt zachwycona, więc kontaktu wzrokowego z pechowcem nie przerywała. Pechowiec miał natomiast mięśnie karku terminatora, bo na tancerkę nawet nie zerknął, ale aż mu żyła na czoło wyszła. Nawet gdy bez stanika (z dzwonkami w kluczowych punktach) tancerka tam wywijała, specjalnie go podpuszczając. Jakoś tę walkę przetrwał, ale spalił chyba z cztery big maki za tym barem. Tak się spocił.

Par: Jeden haust na wypicie butelki piwa

Nauczony zasad fizyki rozkręciłem butelkę i dało radę. Na czas chyba nawet wygrałem. Po tym, jak mnie ocucili, to mi powiedzieli, że nie gramy na czas. Już wiedzą, że jestem Polakiem i mają wygórowane oczekiwania, więc trochę czuję, że reprezentuję naród. Wszyscy wypili na hausta. Profesjonaliści… kurde.

Konkurs na strój: Pan w spodniach. Nawet nie będę próbował opisywać. Jestem na to za słaby. Świecące flamingi na tropikalnej dżungli, we flanelowym finiszu.

Jaki się raban nagle w towarzystwie zrobił po nominacji – Oszust! – oskarżyli. Okazało się bowiem, że pan w spodniach potrzebował tego artefaktu do jeszcze jakiegoś stroju na haloween, więc szarpnął się i sprowadził to za 80 dolarów z niedalekiej Ameryki. Czegoś tam jednak nie doczytał, więc jeszcze dostał dodatek 20 za paczkę. Potem zatrzymali mu to na granicy i dowalili 60 dolarów cła. Łzy w oczach miał, jak opowiadał. Fakt faktem mieli rację. Z tego powodu jego strój kosztował tyle, co wszystkie inne.. w sumie. (Pay to win #pdk)

Nagroda: Shot Jamesona, popił.

Dołek 3: Get Well ^^^

(dalej Ossington)

Tu historii za bardzo nie mam, ale o lokalu mogę trochę opowiedzieć, bo go bardzo lubię. Zaleta pierwsza: szeroki wybór wszystkich fajniejszych lokalnych piwek. Zaleta druga: na zapleczu biznes prowadzi osobna firma – pizzeria, która kręci jedne z pyszniejszych placków w tym mieście. Sprzedają je w porcjach lub w całości i normalnym jest jedzenie jej przy barze. Zaleta trzecia: jest tutaj parę starych automatów. Tych klasycznych, PacMan, BomberMan, jakiś Metroid chyba nawet. Wyniki są na nich takie wykręcone, że można stwierdzić – ducha graczowego w gronie kanadyjskim nie brakuje. Więcej zalet nie potrzebuję.

Par: Dwa hausty, Pinta piwa.

Zamówiliśmy oczywiście jakiegoś amerykańskiego koncerna, bo nie będziemy dobrego trunku na wygłupy marnować. Taktycznie zacząłem sobie wyobrażać, że to tylko woda. Jak mnie podnieśli, to mi powiedzieli, że tak mi to szło, że aż nosem zaciągałem. W myślach odnotowałem pewien problem z wyliczonym kątem przechyłu. Liczyło się na raz więc miałem +1. Wszyscy jednak tak wypili. Dalej remis. Profesjonaliści.. kurde.

Konkurs na strój – Pan w spodniach.

Nauczeni doświadczeniem praktycznie synchronicznie krzyknęliśmy – Oszust!

Nagroda: Shot Jamesona. Popił. Zaczął też głośno wyrażać, że pojawia się niebezpieczny trend.

Dołek 4: Cloak and Dagger ^^^

(Długi spacer do dołka w regionie College/Bathurst – taki na odzyskanie formy)

Z nazwy już widać, że klimat po Brytyjsku, raczej z tej szemranej strony. Charakterystycznie jest to jednak miejsce, gdzie zbiera się widoczna grupa “metali”, którzy momentami dominują w towarzystwie. Muzyka jest tu zawsze w cięższym temacie (ale nic przerażającego), a pogadanki bardzo ciekawe. Jedzenia nie serwują, ale pani barmanka uratowała mnie kiedyś, robiąc mi kanapkę. Tak po prostu, bo miała chleb, sałatę i ser. Taki naród.

Par: Jeden haust, Pinta piwa.

Tym razem podszedłem do sprawy jeszcze bardziej taktycznie i po kryjomu zamówiłem drugą pintę żeby w kiblu wykonać “strzał próbny”. Nie powiodło się. W konkursie głównym jednak zadziałała adrenalina, więc jak już mnie obudzili, to mi powiedzieli, że nie uroniłem ani kropli i liczy się na raz. Wszyscy jednak tak wypili. Ciągle remis na +1. Profesjonaliści kurde..

Konkurs na strój – Pan w spodniach – tradycyjnie

Oszust! – my też tradycyjnie.

Nagroda: Shot Jamesona. Popił, ale powiedział, że chce renegocjować zasady gry. Miał nawet kilka solidnych argumentów, które najzwyczajniej w świecie olaliśmy.

Dołek 5: Maddison ^^^

(Podjazd meleksem 511 – Okolice Bloor/Spadina)

Toalety dla wszystkich są z dziwnego powodu bardzo.. przestronne.

Kolejne przedziwne miejsce. Jest to ogromny budynek (trochę jak willa), w centrum miasta, w którym na każdym z czterech pięter funkcjonuje imprezownia. Miejsce jest tak zawiłe, że ciągle się człowiek tam gubi i o to chyba trochę chodzi, bo każde piętro oferuje inny rodzaj rozrywki. Na pierwszym mamy typowy Amerykański pub, z restauracją i raczej standardowym na ten klimat jedzeniem, muzyka leci tu z szafy grającej. Piętro drugie to Karaoke, ewentualnie scena z komediowym Stand-up’em, w zależności od dnia tygodnia. Piętro trzecie – typowy klub, z głośną muzyką, tańczeniem i drinkami z parasolką. Piętro czwarte – otwarte patio na dach, z małą salą taneczną i barem pod chmurką, gdzie mają lokalne piwo. Wszystko funkcjonuje w ramach jednego lokalu i ceny, więc chodzi się pomiędzy tymi miejscami dowolnie, z trunkiem/jedzeniem zamówionym gdziekolwiek na terenie obiektu. Jako że miejsce jest praktycznie w centrum rozrywkowo/rekreacyjnym tutejszej sceny studenckiej, to oni stanowią 95% klientów. Ceny ciekawie to reflektują, bo pomimo tego, że jest to knajpa bardzo imponująca, jest też jedną z.. najtańszych. Nawet coś się próbowaliśmy uśmiechać do tych studentek, ale jako jedyni trzydziestolatkowie w okolicy szanse mieliśmy średnie. To, że trzy z pięciu ekipowych żon towarzyszyło nam w tej eskapadzie, też jakoś szczególnie nie pomagało. Chociaż robiły, co mogły.

Par: Dwa hausty, TallCan (770ml) piwa.

Tu była trochę druga młodość, bo takiego dopingu od czasów liceum nie miałem. Poszło bez przeszkód, a przynajmniej tak mi powiedzieli, jak już mnie zreanimowali. Nic to jednak nie dało. Dalej remis. Każdy miał swoich fanów, więc była presja na +2. Profesjonaliści.. kurde. Zaczynam się orientować, że ten konkurs to nie sprint. To maraton.

Konkurs na strój: Pan w spodniach – Nagroda.. shot Jamesona

Na tym etapie już nikt nie krzyczał, wszyscy mu tylko współczuli.

Dołek 6: Wide Open ^^^

(spacer/podjazd meleksem – granica Kensington Market)

Jak nazwa sama wskazuje, jest to bardzo charakterystyczna knajpa, bo jest szerokości.. wagonu kolejowego PKP. Serio. To jedna z opcji dla ludzi, co lubią się przytulać, bo inaczej w środku się nie da. Pomimo oczywistej dolegliwości, miejsce jest bardzo popularne i ma swój “lokalny” klimat. Wychodzi na to, że wiele przyjaźni/związków i innych międzyludzkich połączeń potrafi się zacząć od kopnięcia w łydkę, wbicia łokcia w brzuch albo stanięcia na czyimś palcu u stopy. Oczywiście po tradycyjnym kanadyjskim piętnastominutowym okresie przepraszania się.

Par: Jeden haust, TallCan (770ml) piwa.

Chciałem się jakoś ratować, ale odpowiedź “techniki picia piwa na raz”, z gugiela nie przyniosła zadowalających rezultatów. Znowu na raz. Znowu wszyscy. Tak mi przynajmniej powiedzieli, bo mimo że byłem członkiem gry, ten fakt mi jakoś umknął. Remis +2. Profesjonaliści kurde…

Konkurs na strój: Pan w spodniach – dostał Jamesona.

Wspominałem już, że sportowcy poruszali się z przenośnym zestawem do minigolfa? (skręcany kij i drewniany podest z dziurką). Wide Open, ze względu na swój kształt idealnie nadawał się do pobicia rekordu w trafieniu przez całą długość knajpy. Towarzystwo od razu podłapało temat i spędziliśmy tam jakoś strasznie dużo czasu, bo wielu klientów chciało spróbować, a widok ludzi na “trzy czte i ry” podskakujących przy barze, by “przepuścić” piłeczkę, bawił długo.

 

 

 

Dołek 7: Friar (Firkin) ^^^

(powrót do regionu King SrałnTałn)

Kto był w jednym Firkinie, był w nich wszystkich. To jeden z tutejszych sieciowych barów. Nie wiem, czy działa to na zasadzie franczyzy, czy też wszystkie te lokale należą do jednego misia, ale jest ich tutaj w Toronto nawet sporo. Przez to podejście nie za wiele da się o nich powiedzieć, bo są tak ustandaryzowane, jak się da. Solidne jedzenie i drinki w dobrej cenie. To taki lepszy Mac Donald’s wśród barów. Pewnie smaczniejsze jedzenie mają w knajpie obok, ale jest ryzyko. W Firkinie – chujowo, ale stabilnie.

Par: Dwa hausty, dwie butelki piwa.

W każdym przypadku poszło na dwa hausty, bo wydawać się mogło, mniej się nie dało. Jeden gościu nie uwierzył. Zakrztusił się w trzech czwartych twardo mieszcząc obie szyjki butelek na raz w buzi. Zgodnie z zasadami fair-play pozwoliliśmy mu spróbować jeszcze raz. Zbladł, ale dał radę. Ciągle remis +2. Profesjonaliści… kurde.

Konkurs: Pan w spodniach – ale uwaga! Nic nie dostał.

Jeszcze nigdy nie widziałem człowieka, który się tak cieszył, że nic nie wygrał.

Dołek 8: Domówka u Marco ^^^

To nie Marco, to jakiś inny ziom. Ale też fajny.

(Plan był inny, bo miał być strip-club, ale nas nie wpuścili. Aby oddać sprawiedliwości ochroniarzom, też bym nas już na tym etapie raczej nigdzie nie wpuszczał. Podobno spodnie ktoś miał zbyt krzykliwe. Na koniec wylądowaliśmy więc u jednego z graczy w domu).

Par: 007 Haustów – Martini z wódką, wstrząśnięte, niemieszane. Ten etap był, w porównaniu z poprzednimi, wyjątkowo łatwy. Dalej remis +8 dla wszystkich.

Konkurs na strój: Solidarnie stwierdziliśmy, że Pan w spodniach jest globalnym zwycięzcą, więc w ramach nagrody dostał strzał wódki. Pan w spodniach równie solidarnie stwierdził, żebyśmy się pierdolili, po czym wypił.

 

Dołek 9: Local’s Only v.2 ^^^

I wróciliśmy kółeczkiem, do miejsca gdzie zaczynaliśmy. Przyznam szczerze, że na tym etapie imprezy już nie za wiele mam do powiedzenia, bo i my byliśmy bardzo nie do powiedzenia. Knajpa ta już weszła w swój tryb wieczorny, więc było pełno. Całe szczęście ochroniarzem jest Polak, więc moje zdolności negocjacyjne dostały drugi wiatr. Dwa papierosy lżejszy, udało mi się wprowadzić towarzystwo do środka, gdzie czekał nas finał i celebracje.

Par: Pinta piwa, tak po prostu.

No nie zgadniecie, jaki był wynik… Profesjonaliści.. kurwa.

 

Konkurs: Pan w spodniach – dostał shota. W sumie to wszyscy dostaliśmy. Więc razem stanęliśmy na numerku jeden na podium i wznieśliśmy szklanki, aby pogratulować sobie nawzajem tego wspaniałego pokazu, olimpijskiego wręcz, współzawodnictwa.

A w ramach celebracji zamówiliśmy sobie pysznego kurczaka i… po piwku.

Sportowcy przecież nie mogą się odwodnić.

Epilog ^^^

Taka tylko myśl na koniec. Rozglądajcie się dookoła i miejcie odwagę porozmawiać z nieznajomym (mimo że mama uczyła – nie wolno). Czasem traficie na ludzi z odpowiednim luzem i może dołączycie do przygody. Bo wiecie, nowe miejsce potrafi być bardzo obce. Nowe miejsce z odpowiednimi ludźmi potrafi być domem.

Starałem się reprezentować Nas z całych sił, ale jak możecie się z tej historii zorientować, łatwo nie było.

Ale pan w spodniach… ja nie wiem, jak ten gościu to przeżył. Szacunek.

Czołem!

2 Replies to “Nocne życie Toronto: O Grze w golfa!

  1. I used to be very pleased to find this internet-site.I wanted to thanks on your time for this wonderful read!! I undoubtedly enjoying each little bit of it and I have you bookmarked to take a look at new stuff you blog post.

Daj znak/sygnał

Komentarz